--

Rozmowa z prof. Lechem Witkowskim: Na dłuższą metę władza rozmija się z autorytetem, bo sama go nie szanuje, nie potrzebuje i nie ma

Wydawnictwa [23.05.13]

Portal Księgarski prezentuje rozmowę z prof. dr hab. Lechem Witkowskim, prof. zw., filozof, kulturoznawca i pedagog. Realizuje tematy badawcze: Profile i tropy ambiwalencji w kulturze, Paideia i jej oblicza w humanistyce.

Dział Prawo Autorskie sponsoruje ZAIKS

Do ważniejszych publikacji należą: Edukacja i humanistyka. Nowe konteksty humanistyczne dla nowoczesnych nauczycieli, Wyd. IBE (2000), Rozwój i tożsamość w cyklu życia. Studium koncepcji Erika H. Eriksona, Wyd. J. Witkowicz, Toruń (2000), Uniwersalizm pogranicza. O semiotyce kultury Michała Bachtina w kontekście edukacji, Wyd. A. Marszałek, Toruń (II wyd., nagroda MEN) (1999), Edukacja wobec sporów (po) nowoczesność, Wyd. IBE Warszawa, II wyd. (1998), Listy o edukacji (red.), Wyd. specjalne Forum Oświatowego, PTP Warszawa.

  "Nie ma jednak wątpliwości, że dzięki tym pracom nastąpił skok jakościowy w polskiej pedagogice" ( prof. Tadeusz Szubka, filozof, dyrektor Instytutu Filozofii w Uniwersytecie Szczecińskim)

Redakcja Portalu Księgarskiego:  Jest Pan autorem znaczących publikacji m.in. "Edukacja j sfera publiczna", "Przełom dwoistości w pedagogice polskiej" "Wyzwań autorytetu " i "Historii autorytetu wobec kultury i edukacji". Czy trudno jest w dzisiejszych czasach być naukowcem, którego idee są brane pod uwagę przez decydentów, polityków. Czy w związku z tym  uważają Oni naukowców za autorytet?


Prof. Lech Witkowski:
Decydenci, władza i politycy to na ogół niestety zupełnie inny świat niż świat ludzi żyjących książkami, badaniami, ideami, w skupieniu sprawdzanymi, studiowanymi źródłowo. Ten pierwszy to świat blichtru, układów, fałszywych uprzejmości lub pyskówek, medialnych popisów, bezmyślnego albo cynicznego powtarzania banałów albo absurdów jak mantry. Wystarczy sprawdzić ich gospodarkę czasem: kto ile czasu przeznacza na rozwój duchowy, a kto rozpycha się i stabilizuje w mechanizmach marazmu, w których czuje się jak ryba w wodzie. Będę szczery do bólu: dotyczy to niestety także władzy w świecie samej nauki. Mamy wielu wspaniałych uczonych i twórców, ale wstyd mi czasami kto reprezentuje władzę akademicką w uczelniach i środowiskach nauki. Najlepsi często już nie dadzą się wybrać, albo wybrani nie zostaną, bo musieliby zacząć od zwolnienia od 20 do 80 procent własnego środowiska, albo rzucenia wyzwania władzy jeszcze wyższej. Często rządzi wygodna i układna przeciętność. Raz mamy świat życia nauką, a innym razem świat życia z nauki i obok wiedzy. Są to więc z gruntu coraz bardziej obce sobie i rozmijające się światy, przy czym dyktat należy zbyt często do tego gorszego. Ufam, że obrażą sie tylko ci, których to dotyczy.

Mam dojmujące wrażenie, że politycy się nie uczą, nie potrzebują mądrzejszych od siebie, władza na ogół funkcjonuje nie mając czasu na uczenie się, więc i słuchać uczących się nie muszą ci, którzy zaszczycają, zagajają, czy podsumowują, albo decydują. Im dłużej chcą się trzymać tym mniej czasu muszą ( a nawet mogą) poświęcać na finezję i głębię. Doskonalenie duszy nie zwiększa szans wyborczych czy w układach i bywa już zbędne. Zawsze w końcu, mając większość mogą przegłosować wszystko, a będąc w mniejszości przypisują sobie absurdalne "zbójeckie prawo", pozwalające im być automatycznie przeciw, bo o to rzekomo zawsze w demokracji chodzi. To jest chore. Spełnia się teza Zygmunta Baumana o "końcu kultury uczenia się". Jeszcze jeden powód na obnażenie tego, jak bardzo fikcyjne jest hasło "społeczeństwa wiedzy". Zna Pan uznanych naukowców, zarazem liczących się wśród resortów? Wpływających na oblicze władzy i jej decyzji? Bo ja znam bardzo niewielu. Media też ich nie wyłowiły. Niedługo będziemy chyba kolejnej partii politycznej musieli powiedzieć zwrotem z Wesela" Wyspiańskiego o zmarnowanym "złotym rogu". Na dłuższą metę władza rozmija się z autorytetem, bo sama go nie szanuje, nie potrzebuje i nie ma. Pozostaje naga.

Redakcja Portalu Księgarskiego:  W swojej przekrojowej pracy "Historie autorytetu wobec kultury i edukacji" pisze Pan "Kiedyś wystarczyło obudzić się i dać wyprowadzić w stronę ideałów dobra, piękna, prawdy i sprawiedliwości, teraz pojawia się problem czy można się podnieść z upadku, którego się nie widzi, nie czuje, a nawet w którym nie tylko jednostki ale i społeczeństwa czują się świetnie, a przynajmniej lepiej, niż gdyby im ten upadek uświadomić". Czy w takim razie zanikła samoświadomość jednostki? Gdzie jest nasza broń wobec takiej sytuacji - światopogląd i  charakter? Czyżby sugerował Pan nie tylko upadek autorytetów ale i upadek inteligencji jako grupy społecznej?

Prof. Lech Witkowski:

To są kwestie dramatyczne. I nie chodzi o żadną jedną grupę. W świecie coraz bardziej ostentacyjnie nonszalanckim kulturowo, narcystycznym, a z drugiej strony manipulującym demokracją w trybie budowania obwarowań proceduralnych, zwalniających z myślenia, z odpowiedzialności, coraz trudniej natrafić na jednostki chcące sie liczyć z powagą, głębią namysłu, gotowych rozważać dylematy, zawieszać własne pewności czy roszczenia, podejmować wysiłki rozpoznawania złożoności, inwestować we własny rozwój. Nie darmo też wręcz humorystycznie brzmią rozmaite biurokratyczne ustalenia eurokratów, czy parametryzacje, wygodne i często zabójcze. Szaleństwo ciułania punktów, jako podstawy rzekomo koniecznej do miarodajnej oceny, powoduje, że więcej się dostaje punktów za tekst artykułu w uznanym czasopiśmie niż za wiele lat powstającą monografię. Wygoda zwolnienia z myślenia i zastępowanie własnej odpowiedzialności szaleństwem sztywnych wyznaczników

stają się chorobą, a nawet stanem patologicznym chronionym już systemowo. Wprowadzenie rozmaitych kontroli i akredytacji o tyle nie przynosi i nie przyniesie oczekiwanych efektów, że już widać, że wystarczy samemu schować się w mechanizmie aby nie ponosić konsekwencji. A na dodatek najgorsi, a zarazem najbardziej cyniczni będą się w tym świecie czuli najlepiej, bo władza najwyraźniej chce być oszukiwana i zarzucana stertami makulatury sprawozdawczej. Już zaczynają kwitnąć twórcze sprawozdawczości, albo takie, które zapominają kto jest w tym świecie najważniejszy i najcenniejszy. Tylko tępy biurokrata może sądzić, że przechytrzy biurokrację albo, że ona jest panaceum na bolączki współczesności.

Obszary nauki i edukacji czy służby zdrowia są tu szczególnie wrażliwe na patologie zarówno ręcznego sterowania jak i ubierania go w szaleństwo procedur, poza którymi nie widać żywego człowieka, prawdy i realnych wartości. Prymitywnie widziany liberalizm, który rozsiada się we władzy, daje poczucie równorzędności, a nawet siły, tym którzy śmiało uczestniczą we wdrażaniu "terroru przeciętności". Podobnie, "poprawność polityczna" preferuje uprzejmość zamiast powagi sporu o prawdę. Cynizm staje się zdolny do grania każdą wartością i ideałem, a nawet świętością, jak pokazują patologie świata świeckiego i kościelnego. Walka z terroryzmem musi i ten obszar sobie uświadomić. W wspomnianej książce napisałem o dokonującej się już piątej postaci "zdrady klerków", rekonstruując klasyczne rozważania Julien Bendy. Jesteśmy w żelaznym uścisku autorytaryzmu i liberalizmu, więc pytanie jest czy da się z niego wyrwać. Tradycyjne sposoby zawodzą. Nasze pokolenia się nie popisały. Czas na nową reformację albo transformację. Poprzednie też były wręcz niemożliwe dla wyobraźni. Więc może i tym razem coś drgnie.

Redakcja Portalu Księgarskiego:  Idąc Pana tokiem myślenia, w XXI wieku społeczeństwa, mimo swojego wykształcenia, mimo umiejętności korzystania ze zdobyczy techniki - żyją w nieświadomości?

Prof. Lech Witkowski:

Upadły proste wizje postępu, przewidywalności, stabilności, kryteria jasnych podziałów. W naszej "odysei" współczesności jesteśmy uwikłani w niebezpieczeństwa czyhające także po stronie remediów, mediów i urządzeń, mających nas chronić. Wystarczy najbardziej obiecujące instytucje obsadzić ludźmi, którzy je obrócą w przeciwieństwo ich funkcji, ale z zachowaniem wszelkich niezbędnych oznak rytualnych. Nieświadomość daje o sobie znać na coraz większą skalę, już globalną. Upadki finansowe państw, wielkich banków, łatwość prowokowania konfliktów, już nawet imprezy masowe nie niosą bezpieczeństwa. Świat coraz trudniej reprodukuje swoje podtrzymanie, więc żyje na kredyt przyszłych pokoleń, których może coraz bardziej nie być stać na spłatę. Ludzie broniąc się przed ciężarem tej wiedzy, żyją coraz krótszymi perspektywami czasowymi, nie myślą o przyszłości, a jak już to żeby się urządzić w niej możliwie tanim kosztem, walcząc o swoje 5 minut, o szanse nie wymagające potu czoła. Grozi nam "piękna katastrofa", ale nikogo to już czy jeszcze - nie interesuje. Bo media wolą zaglądać do łóżek, trąbić o skandalach, czy zajmować się tym, co jeden polityk myśli o drugim polityku, albo wręcz bezmyślnie wygaduje. Myślenie, zwłaszcza bijące na alarm jest niemodne. Obowiązuje plotkarski optymizm. Zbuntowany pesymista, jakim jestem, woła na puszczy, albo do taktów muzyki z "Titanica". Nawet książki piszę na dzień po szaleństwie. Bo tylko wtedy znajdą swoich czytelników. Nic to, że nie przynoszą punktów biurokratom.

Redakcja Portalu Księgarskiego:  Jest Pan naukowcem o rozległym dorobku, pisze Pan książki z publicystycznym zacięciem, szczególnie "Edukacja j sfera publiczna" i "Historie autorytetu wobec kultury i edukacji"  są tego przykładem. Czy nie boli Pana fakt, iż za  mądrością publikacji naukowych, zawartych w nich analizach, koncepcjach nie idzie w parze  realizacja ich w praktyce. Tyle się mówi o reformach polskiego szkolnictwa w tym wyższego, a nasze uczelnie są tak nisko w rankingach światowych otwierając piątą ich setkę. Czy to Panu i pańskiemu środowisku nie przeszkadza? Czy czujecie się bezsilni wobec tego zjawiska?

Prof. Lech Witkowski:

Proszę nie zapominać, że z jednej strony jesteśmy jeszcze spadkobiercami PRL, ale już pracujemy na swoją zgubę rozmaitymi rozwiązaniami neo i pseudo-liberalnymi. Nadal działa mechanizm: nie narażać się krytyką, bo od nich zależy nasza dotacja ministerialna. Świat nauki, czy lepiej: instytucji naukowych, nie wyłączając uniwersytetów pełen był zawsze ludzi żerujących na autorytecie 'świątyni wiedzy', karierowiczów mylących kapitał władzy i układy z kapitałem symbolicznym. Nie wiem czy tak jest we wszystkich naukach, ale w środowiskach które znam, pełno jest po dziś osób, także we władzach akademickich, potwierdzających kopernikańską zasadę, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Miernota się rozpiera i staje hamulcowymi, za wygodnym przyzwoleniem słabej, czy tylko chcącej spokoju, większości. Aura nawet na uniwersytetach przypomina sytuację albo oblężonej twierdzy, gdzie trzeba walczyć o przetrwanie kładąc uszy po sobie i obniżając poziom wszystkiego, albo robić swoje minimalnym wysiłkiem, skoro większy i tak ani się opłaca ani nikomu nie jest potrzebny. Albo zaciskamy zęby i udajemy, że "Titanic" nie tonie. Uczelnie, gdy prowadzone przez słabszą kadrę, same wolą mieć do czynienia ze słabszymi, przynajmniej ci nie będą zgłaszali roszczeń czy dziwili się na absurdy. Nie czuję się rzecznikiem żadnego "środowiska", nawet wiem, że mogę być "czarną owcą", ale nie ma powodu aby ulegać panoszącej się lipie.

Redakcja Portalu Księgarskiego:  Gdyby zaproponowano Panu szefowanie Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego, od czego by Pan zaczął jego reformę czy też zmiany? Czy w obecnej sytuacji myślę tu o globalizacji pewnych działań nie jest już na takie reformy za późno? Czy nie zmarnowaliśmy swojej europejskiej szansy, czy jesteśmy czasem odbierani przez Europę jako postkolonialny kraj III świata?

Prof. Lech Witkowski:

Oczywiście do żadnego ministerstwa się nie wybieram, bo szkoda mi czasu. Reformę Ministerstwa trzeba by zacząć od przyjęcia do jego pracy aksjomatów chroniących przed rozpasanym szaleństwem ręcznego sterowania obrosłym biurokratyzacją i niemądrym formalizmem. Na zatrzymanie pędzącej "szalonej lokomotywy" nigdy nie jest za późno, choć może być bliżej do katastrofy. Po pierwsze, trzeba by uznać podmiotowość korporacyjną środowiska nauki, a nie widzimisię władzy. Niemal się robi obecnie pewne, że jak Pani Minister coś podpisze to wyjdą absurdy, a jak dostanie lepszą i gorszą propozycję to wybierze gorszą, z punktu widzenia oczekiwań środowiska, nawet tak miarodajnego jak PAN, czy CK. Bo nie chodzi jedynie o rytuał konsultowania projektów czy zgłaszania propozycji decyzji, gdy i tak robi się potem, co się chce. Podmiotowość władzy na styku z wiedzą urosła absurdalnie, i to rzekomo w warunkach świata neoliberalnego. Po drugie, czas by skończyć z dobrym samopoczuciem ministerialnym, sugerującym, że władza wystarczająco rozumie i docenia naukę w zakresie jej finansowania. Jeśli nie uzna się, że nauka w Polsce jest nadal niedofinansowana, a także praca samych naukowców podlega kolejnym restrykcjom, utrudniającym funkcjonowanie twórcze to nigdzie nie ujedziemy. Po trzecie, z tym związane, niezbędne byłoby skuteczne reagowanie na patologie wyrosłe na ciele szkolnictwa wyższego, korzystające z łatwości, albo absurdalnej trudności spełniania rozmaitych formalnych wymagań także ustawowych. Ministerstwo samo wygenerowało mnóstwo niebezpiecznych, a nawet chorych rozwiązań, głównie administracyjnych. Trzeba by usunąć szereg niemądrych rozwiązań, jak zawsze podszytych rzekomo dobrymi intencjami, jak możliwość zastąpienia profesora przez dwóch doktorów w kształceniu wyższym, czy z drugiej strony stawianie niebotycznych wymagań w sprawie wniosków o nagrodę Ministra. Zupełnie chora jest filozofia ministerialna, wyrażająca się w biurokratyzacji wszystkiego. Za chwilę to będzie świat pełen orwellizacji, czyli nazywania na papierze sytuacji tak, jak chce Ministerstwo i jego kontrolerzy z Polskiej Komisji Akredytacyjnej i to niezgodnie ze stanem faktycznym. Opowieści o tym jak się sprawdza i czego się wymaga od uczelni wyższych w ramach tzw. kontroli zaczynają krążyć jak dowcipy, rzecz tylko w tym, że dość ponure. Nikt nie pyta o poziom kształcenia, a nalega się na tony bibuły łatwej zresztą do preparowania dla cyników. Świat cynizmu to chyba tu lepsze określenie niż świat głupoty. Ale nie wiem, które jest bardziej adekwatne. W każdym razie, zbyt często cofamy się ze śpiewem na ustach o postępie. Wiele szans przegrywamy na naszych oczach i z naszym udziałem. Tymczasem dominuje zarządzanie katastrofą oswojoną jako codzienność, wystarczająca jeśli przesunie się granicę zapaści, lub ją zakamufluje. Jako całość, dajemy niestety na to przyzwolenie.

Red.: - Dziękuję Panu z rozmowę!

Z  prof. dr hab. Lechem Witkowskimrozmawiał Gabriel Leonard Kamiński

 

 

Opr. GLK

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu Księgarskiego,
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).

Dodaj komentarzy

Adding an entry to the guestbook
CAPTCHA image for SPAM prevention
 
Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.