Barbara Stanisławczyk, Czterdzieści twardych
Recenzje [11.03.10]
Choć główna idea upamiętniania tragedii Holokaustu (i całej II wojny światowej) rezonuje wokół hasła „Nigdy nie zapomnij” (Never forget), nie możemy wiecznie liczyć na zbiorową pamięć ludzkości. Ona przecież – zupełnie jak wspomnienia pojedynczych osób – bywa zdradliwa, lubi łagodzić, litować się, niekiedy zacierać bezpowrotnie i niknąć wobec nadmiaru wiecznie powracających wrażeń.
Właśnie dlatego tuż po zakończeniu wojny, w 1946 roku ukazało się pierwsze wydanie „Medalionów” Zofii Nałkowskiej, a w kolejnych latach przybywało publikacji na ten temat. Zbierane świadectwa – niczym blizny po ledwo zagojonych ranach bitewnych – miały zapewnić okropnościom tamtych wydarzeń wieczną obecność. Mijają jednak lata, zmieniają się ludzie, historia zaś odchodzi na swoje zasłużone miejsce – przyjmuje postać zakurzonych książek w bibliotece i łatwo zapominanych dat. Staje się nudna, nieciekawa, a nade wszystko zaczyna się ją uważać za niepotrzebną. Znów pojawiają się nastroje antysemickie, aktywują ruchy neonazistowskie, masowa pogarda dla inności i lęk przed drugim człowiekiem. Dlatego właśnie potrzebujemy ciągłych wznowień literatury traktującej o czasach Holokaustu, zwłaszcza tej przyjmującej postać relacji naocznych świadków, świadectwa zwyczajnych niemających wiele wspólnego z wojskiem ludzi, których – być może – wojna dotknęła najbardziej.
Właśnie takim wznowieniem jest wydana w 2008 roku przez Rebis książka Barbary Stanisławczyk, która po raz pierwszy na polskim rynku ukazała się jedenaście lat wcześniej. „Czterdzieści twardych” to prawdziwe historie Polaków i Żydów uwikłanych w wojnę, opowieści o ocaleniu, pomocy, koszmarze ucieczki i prawdziwości ludzkiej natury. Stanisławczyk nie unika bolesnych faktów, otwarcie wspomina o Żydach, którzy wiele lat później nie docenili udzielonej pomocy, Polakach i Ukraińcach donoszących w zasadzie na każdego, bezmyślnych morderstwach i koszmarnym materializmie niektórych (tytułowe „Czterdzieści twardych” to dwie złote dolarówki przechowane przez jednego z bohaterów mimo głodu i widma śmierci) – przedstawia ludzi, nie grupy, a do każdego ze swoich bohaterów podchodzi ze zrozumieniem i cierpliwością godną profesjonalnej dziennikarki. Jak sama wspomina we wstępie: „Ta wojna zdemaskowała człowieka. Jakiegoś Żyda, jakiegoś Niemca, Rosjanina, Ukraińca, Łotysza, Litwina... To nie narody były dobre albo podłe, bohaterskie lub tchórzliwe... tylko konkretni ludzie.”
Książka Barbary Stanisławczyk stanowi przejmujący portret istoty ludzkiej potęgowany przez żywą, a jednocześnie prawdziwą narrację. Umiejętności autorki pozwoliły słowom bohaterów zaistnieć, podczas lektury czytelnik niemal obcuje z żywymi ludźmi, co ułatwiają także zdjęcia oraz fragmenty późniejszej korespondencji pomiędzy ocalałymi, a ich wybawicielami. Wspomnienia przeplatają się z cytatami z prac zarówno biograficznych (i podobnie jak „Czterdzieści twardych” autentycznych), jak i naukowych, chociażby biuletynów Żydowskiego Instytutu Historycznego z lat pięćdziesiątych, dzięki czemu mogą przemówić pozycje już zapewne zapomniane takie jak „Czy ja jestem mordercą” Calela Perechodnika (wydana ostatnio w 1995) czy „Na łące popiołów” Barbary Engelking (1993).
Podczas lektury miałem nieodparte wrażenie, że czytam o czymś, czego większość Polaków boi się wspominać. O braku jednej, skrystalizowanej historycznej narracji, który mógłby zaszkodzić utrwalanemu od końca wojny bohaterskiemu wizerunkowi Polski okresu okupacji. Z drugiej strony nie ma w książce Stanisławczyk ani krzty przesady. Nie odbiera się głosu bohaterom, gdy wspominają o niesprawiedliwości nazywania Auschwitz-Birkenau polskim obozem zagłady. Opowiada się historie tak, jak się potoczyły, a właściwie jak je zapamiętano.
Autorka do końca zachowuje dziennikarski obiektywizm, nie ocenia, nie przeinacza. Pisze po prostu o ludziach, których pewne wydarzenia zmusiły do działania, do pomocy drugiemu człowiekowi. Wartość tego sposobu przedstawiania historii docenił Polski Oddział Stowarzyszenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, od którego Barbara Stanisławczyk otrzymała legitymację Honorowego Członka i Jubileuszowy Krzyż Zasługi. Mi pozostaje jedynie dodać, że potrzebujemy na naszym rynku wydawniczym więcej tego typu narracji.
Wiktor Dynarski
Zobacz również
nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść i zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarza bez podania przyczyny.
Zasady umieszczania komentarzy w Portalu Księgarskim.
Widzisz naruszenie zasad – zgłoś to redakcji (redakcja@ksiazka.net.pl).
Dodaj komentarzy







